25.07.2016

Rozdział 6

Otwieram powoli oczy, wsłuchując się w głośną melodyjkę. Przecieram szybko oczy i wstaję z łóżka, a następnie podchodzę do źródła dźwięku, którym okazuje się połączenie od ojca.
– Halo? – mamroczę pod nosem, zerkając przelotnie na zegarek. Co on robi o szóstej trzydzieści?
– Amelie, wreszcie odebrałaś! – mówi uradowany. Dziwię się. Wreszcie? Przecież usłyszałabym, gdyby ktoś do mnie dzwonił. – Zapomniałem wziąć bardzo ważnych dokumentów, które leżą na komodzie w sypialni. Mogłabyś mi je przywieźć?
– A mama? – pytam i patrzę z tęsknotą na łóżko.
– Wróciła dopiero z dyżuru, nie chcę jej męczyć.
Biorę głęboki wdech i zamykam oczy.
– Dobrze, będę za czterdzieści minut. Pójdę pieszo, nie chcę brać samochodu.
– Dziękuję, skarbie.
Rozłączam się i odkładam telefon. Kalkuluję szybko w głowie, ile czasu zajmą mi poranne czynności i postanawiam, że muszę się wyrobić w ciągu piętnastu minut.
Biorę szybki prysznic i zabieram pieniądze na jedzenie. Budzę Steve'a, zabieram plecak i wychodzę z domu, nadal będąc śpiącą. Człapię powoli i zakładam słuchawki, przygotowując się na ciężki dzień.
Skupiam swój wzrok na asfalcie i idę przed siebie, a w uszach rozbrzmiewa Coldplay. Nie przysłuchuję się tekstowi, prawie nigdy tego nie robię. Zastanawiam się dlaczego niektórzy mówią, że piosenka jest cudowna, bo ma tyle przekazu, kiedy to muzyka gra najważniejszą rolę. Stukam palcami w kieszeni kurtki do rytmu.
Podnoszę wzrok, chcąc rozejrzeć się po ulicy, kiedy ktoś wpada na mnie i przewraca nas na ziemię. Słuchawki wypadają mi z uszu, po czym słyszę głośne wyzwiska padające w moim kierunku. Patrzę przerażona na chłopaka, który opiera się całym swoim ciężarem o moje kolana, żeby nie spaść. Widzę, że stara się złapać równowagę, ale nie wychodzi mu to i spada. W momencie podbiega do nas jego kolega z koszulką z napisem Calvin, który spieszy zobaczyć, co się stało. Facet, który mnie przewalił, wstaje i patrzy na mnie złowrogo z góry.
– Wszystko w porządku? – pyta się mnie, jak wnioskuję, Calvin.
Pochyla się nade mną, patrząc swoimi niebieskimi oczami w moje. Podaje mi rękę i pomaga wstać, a ja tylko przytakuję i przepraszam cicho.
– Skoro nie umiesz chodzić to powinnaś wracać do mamusi i się nauczyć, idiotko – warczy drugi, który przygląda się już z boku. Zaciskam usta i marszczę brwi, nie chcąc odpowiadać na zaczepkę.
– Spokojnie, Roy. Na pewno nie zrobiła tego specjalnie. – Uspokaja go Calvin, klepiąc kolegę po plecach. – Na pewno wszystko w porządku?
Uśmiecham się niepewnie i potwierdzam. Speszona zbieram swoje rzeczy z chodnika, mając nadzieję, że sobie odejdą. Nie lubię rozmawiać z obcymi, a w szczególności z chłopakami z podobnego wieku. Zawsze czułam się nieswojo i teraz nie jest inaczej, zwłaszcza że do brzydkich nie należą.
Prostuję się i dostrzegam, że Calvin przygląda mi się z przekrzywioną głową. Marszczę brwi i odwracam się. Zdenerwowałam się, w zasadzie sama nie wiedząc przez co. Przepraszam szybko Roya i idę w swoim kierunku.
– Ona jest z naszej szkoły. – Słyszę za sobą, co mnie dezorientuje. Zastanawiam się, co robią tak wcześnie, ale szybko dochodzę do wniosku, że muszą należeć do jakiejś grupy sportowej.

* * *

Kiedy przyszłam do szkoły, w progu od razu łapie mnie Steve, który wygląda na bardzo zaabsobowanego.
– Gdzie byłaś rano? – Idzie obok mnie i nie czekając na odpowiedź mówi: – Słuchaj, wiem, jak usidlić Matthewsa.
Mrużę oczy i spoglądam na niego sceptycznie. Potakuję głową, żeby zachęcić go do mówienia.
– No więc wiem, że może to być głupi pomysł, no ale... e... może ty mogłabyś go jakoś... sprowokować? Ja wtedy przyszedłbym z... – szepcze, ale staję w miejscu i patrzę na niego z niedowierzaniem, przez co kończy z rozdziawionymi ustami.
– Co ty sobie wyobrażasz? – parskam i krzyżuję ręce na piersi. – Nie twierdzę, że coś takiego nigdy nie miałoby miejsca, ale John nie jest głupi, Steve. Tyle lat się znamy i dopiero teraz miałabym z nim... flirtować? – Krzywię się na samą myśl. Profesor od razu wyczułby, że coś wiem; zacząłby się pilnować, a nie o to nam chodzi.
– Nie mówię, że to zrobimy, Mel – mówi nieśmiało, jakby wstydził się tego, co powiedział. Rozgląda się na boki, a kiedy widzi, że nikogo nie ma na horyzoncie, pochyla się i szepcze: – Słyszałem, jak John umawiał się z Heleną na dziś po zajęciach, tylko nie wiem gdzie. Powinniśmy coś z tym zrobić?
– Dziś nic nie możemy z tym zrobić. Tobie nie wolno z nią rozmawiać, a ja jestem już umówiona na spotkanie z panią Clufetos... – odpowiadam, po czym zagryzam wargę. Mam nadzieję, że nie dojdzie do niczego między tą dwójką. Nie wiem, co mogłabym zrobić, żeby ich nakryć. Bo, po pierwsze, gdzie? Po drugie kto miałby mi pomóc? – Dobrze, zobaczymy się w domu i tam porozmawiamy.
Steve potakuje głową i odchodzi. Biorę głęboki wdech i idę do swojej szafki.

* * *

Patrzę na zegarek, kiedy stoję pod gabinetem pani Clufetos i stwierdzam, że mam jeszcze chwilkę. Boję się tam wejść, bo nie wiem, co mam powiedzieć nauczycielce. Jeżeli podam jej prawdziwy powód, zapewne wkurzy się i odeśle mnie, nie tolerując takich osób. Kręcę głową i pukam do drzwi, a kiedy słyszę ciche wołanie z środka, wchodzę niepewnie do pomieszczenia.
Za biurkiem siedzi kobieta przy kości, której mogę dać maksymalnie trzydzieści kilka lat, nie doszukując się licznych zmarszczek, jakie posiada większość nauczycieli w szkole. Spogląda na mnie obojętnym wzrokiem, lustrując swoimi szarymi oczyma moją postać. Witam się i siadam na jej rozkaz na krześle. Zapisuje coś pewnie na kartce, a kiedy kończy podnosi głowę i uśmiecha się łagodnie, co mnie zaskoczyło, ponieważ wyobrażałam ją sobie jako kogoś surowego.
– A więc co cię do mnie sprowadza – spogląda na moją wizytówkę – Amelie Shane?
– Chciałabym się zapisać na zajęcia lekkoatletyczne. – Wykrzywiam dziwnie usta i wzruszam ramionami, myśląc, że to wyjaśni wszystko, co chcę przekazać.
– A co cię takiego interesuje? Jest wiele dziedzin.
– Myślałam nad skokiem w dal czy coś w tym rodzaju... – odpowiadam lapidarnie, unikając jej świdrującego spojrzenia, które wprowadzało mnie w zakłopotanie.
– Na skok w dal mam za dużo dziewczyn, więc co powiesz na sztafetę lub biegi płotkarskie?
Spoglądam na swoje nogi, niezbyt zadowolona z wyboru, jaki profesorka mi zostawiła. Nie lubiłam biegać bez potrzeby, ale wiem, że jest to bardzo ważna sprawa, dlatego nie mogę wybrzydzać.
– Myślę, że sztafeta będzie mi odpowiadać – mówię spokojnie, chcąc pokazać się z jak najlepszej strony, chociaż wiem, że mój brak pewności siebie emanował od mojego wejścia do gabinetu.
– A ile punktów się za to spodziewasz? – pyta, znowu zaczynając coś pisać. Patrzę na nią zdziwiona, że tak szybko odkryła moje intencje. – Nie bądź zaskoczona. Jesteś w ostatniej klasie, więc wiadomo, że to nie o sport chodzi.
– Ach, tak... ma pani rację... – Przełykam ślinę, wiercąc się niespokojnie na krześle. Kobieta milczy, co jakiś czas poprawiając nieco za ciasną niebieską koszulę, która nie pasuje do jej złocistych włosów.
Odwraca się na krześle i szuka czegoś w szufladzie, a ja nie wiem czy mam wyjść, czy może cierpliwie czekać. Po chwili przysuwa do mnie jakiś plik kartek, podając mi długopis.
– To będzie ci potem potrzebne na uniwersytet. Zamieszczone są tam wykazy zawodów, w jakich weźmiesz udział, liczba godzin, a na końcu dostaniesz ode mnie komentarz; pozytywny czy nie, to się okaże po tym, w jaki sposób będziesz do tego podchodzić. Wszystko jasne?
Wiedząc, że nauczycielka nie może mi zaszkodzić w żaden sposób, podpisuję się na końcu, nie czytając nawet tego, co jest tam napisane. Wiem, że to nieodpowiedzialne, ale chcę mieć to już za sobą, bo z każdą chwilą czuję się coraz bardziej niepewnie. Pierwszy raz mam styczność z taką sprawą i nie ukrywam swojej ignorancji nawet przed panią Clufetos mimo swojego wieku. Dorośli wprawiali mnie w zakłopotanie, kiedy świdrowali mnie wzrokiem przy każdym moim ruchu.
– Możesz znikać, przyjdź jutro o szesnastej w ubiorze i obuwiu sportowym. Nie pochwalam spóźnień ani głupich tłumaczeń – informuje obojętnie, powracając do swojej papierkowej roboty.
Dziękuję jej i wychodzę, z ulgą wypuszczając powietrze. Odwracam się jeszcze i przyglądam kilku zdjęciom na drzwiach, gdzie ujęci zostali wszyscy uczniowie z każdej dziedziny. Jestem zaskoczona, że udało się ich tutaj wszystkich zmieścić; jest ich naprawdę bardzo dużo. Z dalszej perspektywy zauważam, że wszystkie zdjęcia tworzą jakby całość ukazującą nauczycielkę, co mnie bardzo bawi.
Widząc, że mam jeszcze pięć minut, idę szybko pod szafkę, chcąc wyjąć swoje podręczniki. Mijam Taeyeon i Clarę, które chyba dziwnie mi się przyglądają, ale nie zważywszy na ich spojrzenia witam się z nimi miło. Machają mi radośnie, a ja po chwili stwierdzam, że ich krzywe spojrzenia musiały mi się przewidzieć.
Idę ze spuszczoną miną przez korytarz, przypominając sobie o Steve'em. Wyjmuję telefon z zamiarem napisania wiadomości tekstowej, ale po chwili widzę, że jestem niedaleko gabinetu Johna. Chowam telefon do torby, zaciskam pięści i idę powoli pod salę numer 254. Kiedy jestem już prawie przy drzwiach uświadamiam sobie, że przez całą drogę wstrzymywałam oddech. Nie wiem czego mogę się spodziewać, w końcu wcale nie musi go tutaj być.
Kierowana ciekawością dotykam klamki i przechylam ją. Ustępuje, a ja zdenerwowana nie mam pojęcia, co robić. Otwarte pomieszczenie może oznaczać, że albo Matthews jest w środku, albo zapomniał zamknąć drzwi. Druga opcja jest niemożliwa, nie pozwoliłby sobie na coś takiego. Chcę się odwrócić i odejść jak najszybciej, ale nauczyciel otwiera drzwi gwałtownie, a kiedy mnie dostrzega, wypuszcza powietrze i przeczesuje włosy.
– Co tu robisz, Amelie? Dlaczego nie wchodzisz? Przecież widzisz, że jestem. – Wskazuje na szybkę w drzwiach, a ja na szybko wymyślam tysiąc wymówek.
– To nic ważnego, właśnie miałam odejść, żeby nie zawracać ci głowy... – odpowiadam niepewnie, mając nadzieję, że to łyknie.
– Jak nieważna? Na pewno ważna, wchodź. – Przepuszcza mnie, a ja czuję się przyparta do muru. Wchodzę powoli do środka, szybko rzucając okiem po pomieszczeniu. Nie widzę nigdzie Heleny. Czyżby już wyszła? – No więc o co chodzi?
– Martwię się tym, że nadal nie przyszedł do mnie ten list – mruczę na tyle głośno, by mnie usłyszał. Przyglądając mu się zauważam, że niezbyt przejmuje się moim nie tak do końca wymyślonym problemem, bo ciągle panicznie zerka w stronę drzwi. Możliwe, że Helena po prostu jeszcze nie przyszła. John przez dłuższą chwilę milczy, ale potem szybko potakuje głową i mówi coś niezrozumiałego. Przeprasza mnie na chwilkę i wychodzi z telefonem na korytarz.
Czując nagły przypływ adrenaliny podchodzę bliżej wyjścia, żeby móc coś podsłuchać, ale nie być zbyt widoczna przez szybkę. Przystawiam ucho do drewna i wstrzymuję oddech, ignorując szybko bijące serce.
– Jak nie przyjdziesz? – warczy do słuchawki. – Co sobie niby przemyślałaś? – Odchylam się szybko, kiedy słyszę kroki, ale szybko się uspokajam, bo John przeszedł trochę dalej. Nie udaje mi się niczego już usłyszeć, dlatego odwracam się, chcąc zająć wcześniejsze miejsce, ale drzwi otwierają się i upadam w ramiona nauczyciela, tracąc równowagę. Patrzę przerażona na jego zdenerwowaną twarz z dołu, a John momentalnie stawia mnie do pionu i podchodzi bliżej.
– Ile słyszałaś? – Idę dwa kroki do tyłu. – Czemu podsłuchiwałaś?
– Wyrzucałam tylko śmieci do kosza. – Wskazuję trzęsącym się palcem w stronę niewielkiego pudła obok wyjścia. Matthews patrzy się na mnie jak na idiotkę, przenosząc wzrok z obiektu na mnie. Zagryzam zdenerwowana wargę, modląc się w duchu, aby puścił mnie wolno. Kolejne trzy kroki do tyłu.
– Nie ściemniaj, Amelie. Ostatnio bardzo mnie unikałaś, nie myśl, że tego nie zauważyłem. Skąd o tym wiesz?
Dochodzę do wniosku, że nawet gdybym chciała go okłamać, jest już za późno. Zdradziłam się swoim głupim, tchórzowskim zachowaniem.
– Nie wiem co masz na myśli, John. – Staram się mówić to pewna siebie, ale głos łamie mi się w połowie zdania. Matthews jest już metr ode mnie, a w jego oku błyszczy jakaś iskierka. – Chciałam. Tylko. Wyrzucić. Śmieci – akcentuję każde słowo, jakby to miało go przekonać.
Nauczyciel w momencie znalazł się przy mnie i przyciska mnie do ściany.
– Skoro ona nie przyszła, to zajmę się tobą.
Otwieram szeroko oczy, zdając sobie sprawę, co chce zrobić, po czym krzyczę przez sekundę, ale szybko przykłada swoją dłoń do moich ust. Próbuję się wyrwać, kiedy jedną ręką odpina guziki mojej koszuli, ale jest za silny. Czuję, jak obmacuje mnie swoją ohydną łapą po piersiach. W momencie po moim policzku spływa pojedyncza łza, a za nią kolejne. Ciągle próbuję krzyczeć, ale chyba na próżno, bo nikt nie przechodzi przez korytarz akurat wtedy, kiedy najbardziej potrzebuję zauważenia. Teraz. W tym momencie.
Zamykam mocno powieki, nie chcąc patrzeć mu w twarz, kiedy siłuje się z moim paskiem od spodni. Chciałabym coś zrobić, ale jestem bezsilna. Nie rozumiem Heleny, dlaczego nie powiedziała nikomu o tym, co jej zrobił. Ja chcę wykrzyczeć wszystkim, że John jest świnią, gwałcicielem, pedofilem! Ale nie mogę. A ona miała możliwość.
Nagle drzwi otwierają się gwałtownie, obijając się o ścianę z głośnym dźwiękiem. Próbuję zobaczyć przez łzy kto to, ale John zasłania mi całym swoim ciałem. Szybko zabiera ode mnie ręce i patrzy na przybyszów. Wyszarpuję się i zasłaniam odsłonięte piersi, zapinając pospiesznie guziki. Chcę ominąć zdezorientowanego nauczyciela, który mierzy się z kimś wzrokiem, dlatego przesuwam się bokiem powoli.
Natrafiam na wystające pudło i opadam gwałtownie na ziemię. Ostatnie, co widzę, to niebieskie conversy podbiegające w moją stronę.

Przepraszam za brak akapitów; na telefonie nie jestem w stanie dodać, a nie mam dostępu do komputera.